piątek, 7 lipca 2017

Po sąsiedzku: Rekin i Baran. Życie w cieniu islandzkich wulkanów.

Dawno nic mnie tak nie zachwyciło, jak "Rekin i Baran". Opowiedziana przez Martę Biernat (współautorkę bloga Bite of Island) Islandia - niby taka daleka, a jednak wydała mi się bliska. Bliska sercu Finoluba, specyficzna i osobliwa. Coś między nami zaiskrzyło. Takie zauroczenie od pierwszego zdania pierwszego rozdziału (a brzmiało ono "Islandia jest krajem dość nietypowym, gdyż na dobrą sprawę nie ma prawie wcale mieszkańców"). Choć ludzi na Islandii mało, to zdają się oni być niesamowicie intrygującymi postaciami. A może właśnie dlatego tacy są ci "skandynawscy Południowcy". Jest ich niewielu, więc praktycznie wszyscy się znają. Są jednak w izolacji od reszty świata, a polarna pogoda jak i natura zawsze stroniła im sprzyjających warunków. Wulkany, długa zima, i ciągła pochmurność. Ale Islandczycy jakoś dają sobie radę i to z godną pozazdroszczenia pogodą ducha. Autorka uchyla rąbka islandzkiej codzienności i przedstawia ją na przestrzeni wieków, od czasów zasiedlenia przez pierwszych Wikingów, po czasy teraźniejsze. Wszystko to, co sprawiają, że codzienność islandzka jest bardziej kolorowa, niż by to się mogło na pierwszy rzut oka wydawać, podobało mi się w lekturze najbardziej. Zaczynając od wieczorków z sagami w torfowych chatkach, po zbieranie dzbanuszków i dzierganie na drutach (które na Islandii jest domeną zarówno kobiet, jak i mężczyzn), po chrupanie Prince Polo, i cieszenie się długimi dniami krótkiego lata.



Czytając o Islandii, zauważam wiele wspólnych mianowników z Finlandią (tudzież z krajami nordyckimi w ogóle). Oczywista jest powszechność lukrecji, pragmatyzm i zorze polarne. Trudne, dla przeciętnego człowieka, języki. Piękne krajobrazy, chociaż w Finlandii królują brzozy i jeziora, a na Islandii lodowce i bezkresne łąki. Wszędobylskie islandzkie owce można potraktować jako odpowiedniki fińskich reniferów, a baseny - odpowiedniki saun. Różnice natomiast od razu dałoby się zaobserwować gołym okiem przypatrując się islandzkim i fińskim charakterom, bo podczas gdy Islandczycy uważani są za "Hiszpanów Skandynawii", Finowie w tym zestawieniu plasują się zdecydowanie bardziej na Północy.

Zarówno Finlandia jak i Islandia ma swoisty magnetyzm, który przyciąga ciekawość. "Rekin i Baran" rozbudziły mój apetyt, nie tyle na baraninę (a już tym bardziej na sfermentowanie mięso rekina!), co na Islandię w ogóle. Mam ochotę wybrać się tam, ubrać lopapeysa, popatrzeć na gejzer, pooddychać okołowulkanowym powietrzem, skosztować hot doga i skyr i na własnej skórze przekonać się na czym ta cała magia Islandii polega.

"Rekin i baran. Życie w cieniu islandzkich wulkanów" to opowieść, która zaurocza. Autorka pokazuje, że owe życie w cieniu wulkanów, z pozoru szare i ponure, jest tak naprawdę barwne i wesołe. Narracja jest bardzo wciągająca, a wszystko uzupełnione zdjęciami męża autorki, Adama. Większość fotografii krajobrazów wygląda tak, jakby ktoś przepuścił je przez islandzki filtr - zastanawiam się czy tak faktycznie to wszystko wygląda, czy to po prostu moje oczy dały się ponieść islandzkiej magii i zaczęły postrzegać ją w ten dziwaczny sposób... Książka godna polecenia dla każdego, kto ma ochotę przenieść się choć 'wirtualnie' do tej odległej i niesamowitej krainy. Jedna uwaga: skutkiem ubocznym lektury może być nieposkromione pragnienie rzucenia wszystkiego i kupienia biletu do Rejkiawiku. Czytacie na własne ryzyko.


Książkę do recenzji otrzymałam od Wyd. Poznańskiego. Takk!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz